Jopejskie – czy to jeszcze piwo?

SONY DSCLubię trafiać na piwa rzadkie, wyjątkowe. Szczególnie intrygujące są nietypowe piwa domowe, zwłaszcza jeśli powstały w bardzo ograniczonej ilości. Jak wypadła próba odtworzenia słynnego piwa jopejskiego przez Arkadiusza Wentę z AleBrowaru? I jak przetestowałem je aż na dwa sposoby?

Dawno, dawno temu, gdy dopiero zaczynałem się zastanawiać nad założeniem bloga, pisywałem trochę do serwisu Akademia Piwa istniejącego pod patronatem Browaru Amber. Lubiłem wtedy jeszcze Amber, bo nie zabrał się za żenujące akcje z pozwami i robił niezłe piwa, współpracowało się więc przyjemnie. Wśród wielu innych popełniłem wówczas tekst o gdańskim piwie jopejskim, czyli jopenbier. Całość można przeczytać tutaj, a poniżej wersja skondensowana.

Jopejskie owiane jest wieloma mitami i tajemnicami. Ciężko stwierdzić, kiedy konkretnie zaczęto je produkować, ale na pewno istniało w 1449, później zaś warzył je Jan Heweliusz. Nie znamy dokładnej receptury, która zaginęła podobno pod koniec XVIII w., i późniejsze próby produkcji wykorzystywały jedynie znaną nazwę, pod którą łatwiej było sprzedawać inne piwa.

Wiemy jednak, że było niezwykle ekstraktywne – z badań archiwalnych wiadomo, że miało nawet 45-55° ekstraktu. Takie stężenie osiągano dzięki długiemu, nawet ponadwudziestogodzinnemu gotowaniu brzeczki. Nie pito go w takiej formie, lecz dodawano do słabszych piw, aby poprawić ich smak.

Wskrzeszenie dziś jopejskiego na skalę przemysłową nie miałoby większego sensu, ponieważ tak ekstraktywne piwo byłoby niezwykle drogie. Zawsze można jednak liczyć na pasjonatów, którzy mniej liczą się z rachunkiem ekonomicznym. 🙂

Wyzwanie podjął Arkadiusz Wenta, dobrze nam znany jako jeden z załogantów AleBrowaru, który postanowił wykonać jopejskie w domu. Cały proces był długotrwały i Arek dobrze go opisał w numerze „Piwowara”, który ukazał się w sierpniu 2014. Miałem szczęście i udało mi się załapać na jedną z nielicznych buteleczek o pojemności 0,2 l, zamkniętych korkiem i zalakowanych. Odleżakowała u mnie kilka miesięcy, czekając na odpowiednią okazję.

Tak prezentuje się cała butelka. Etykieta jest niestety średnio czytelna na ciemnym tle, ale po podświetleniu daje się odcyfrować jej treść.

SONY DSC

Widzimy, że Arek wykorzystał 9 kg słodu pilzneńskiego zacieranego na wytrawnie. Po gotowaniu brzeczki przez 22 (!) godziny uzyskał jedynie 4 litry brzeczki o ekstrakcie 45° Blg. Fermentacja do 20° Blg zajęła 8 miesięcy (!) i dała piwo o zawartości alkoholu 12,9%.

Dobrze pamiętałem, że oryginalne jopejskie było dodawane do słabszych piw, aby poprawić ich smak, postanowiłem więc najpierw przeprowadzić eksperyment. Wziąłem zwykłe piwo jasne w postaci Miłosława Pilznera, który jest po prostu nijaki, a więc idealny do takiego celu. 450 ml Miłosława dopełniłem 50 ml jopejskiego i przeprowadziłem degustację porównawczą.

SONY DSC

Kolor: Miłosław jest po prostu złoty. Mieszanka okazała się brązowa, jak w stylu english special bitter.

Piana: na Pilznerze biała, niska, znika błyskawicznie. Na mieszance beżowa, gęsta, pagórkowata, utrzymująca się do końca degustacji i ładnie osiadająca na ściankach.

Zapach: Pilzner ma trochę chlebowej słodowości i minimalną woń chmielu. Mieszanka pachniała słodko, jak ciemne czerwone wino i nalewka przepalanka.

Smak: Pilzner rzeczywiście okazał się idealnie nijaki, dość wytrawny, z leciutką goryczką. Mieszanka była lekko słodkawa, lekko kwaskowata, lekko przypalana, czuć było dużo owoców i niemal zerową goryczkę.

Podsumowanie: Zaledwie 10% udział jopejskiego zmienił diametralnie testowane piwo. Wyższy procent nie miałby chyba sensu, bo piwo bazowe zupełnie zginęłoby pod czymś tak wyrazistym. Jopejskie poprawiło nie tylko smak oraz zapach, ale nawet pianę.

 

Nadszedł czas na właściwą degustację, czyli czyste jopejskie.

SONY DSC

Kolor: Niezwykły, bo bardzo ciemny brąz, niemal czarny. To niesamowite, że z czystego słodu pilzneńskiego poprzez wielogodzinne gotowanie udało się uzyskać taką barwę piwa.

Piana: Absolutnie zerowa. Nic jednak dziwnego, skoro piwo było zupełnie bez gazu.

Zapach: Nie, na pewno nie pachnie to jak piwo… Czuć nuty porto, bardzo dużo melasy, karmel, ogromną ilość suszonych śliwek. Alkohol jest świetnie schowany, niemal go nie czuć w tym całym bogactwie. Słodowości czy chlebowości brak.

Smak: Jest słodycz, ale leciutka, piwo na pewno nie jest ulepkiem, zresztą kontrują ją spory kwasek i dobrze wyczuwalna cierpkość. Goryczka bardzo słabiutka, ale nic dziwnego – 60 g Lubelskiego i 25 g Lomika musiało niemal całkowicie zginąć w takim monstrum.

Pije się zdecydowanie bardziej jak wino niż jak piwo – z powodu tego kwasku, cierpkości i zupełnego braku gazu. Tyle że jest to wino z silnym karmelem i toną suszonych śliwek. 🙂

Podsumowanie: Niezwykłe, jedyne w swoim rodzaju przeżycie. Na pewno jest to coś znacznie więcej niż piwo. Ciężko pewnie byłoby wypić więcej niż 0,33 l. Moja porcja 0,15 l była akurat, aby móc się pozachwycać.

 

Arku, bardzo dziękuję za piwo! Jest wyjątkowe i samo w sobie, i jako „przyprawa” do piwa słabszego. Mam teraz ochotę samemu zmierzyć się z takim eksperymentem!

 

Udostępnij
  • 27
  •  
  •  
  •  

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *