Piwna lekcja stylu, czyli pilsner ze średniowiecznych piwnic

Piwna lekcja stylu 2mUkazał się drugi odcinek reklamowej „Piwnej lekcji stylu”, której bohaterem jest tym razem Pilzner. Zobaczmy, czego chcą nas o nim nauczyć koncerny  i jak zaprzeczają samym sobie.

To już drugi z siedmiu odcinków serii, w której koncerny piwowarskie chcą nam przekazać bezcenną wiedzą o stylach piwnych. Poprzednio było o tajemniczym „klasycznym lagerze„, tym razem będzie o stylu ikonicznym: pilznerze (choć ja będę dalej stosował pisownię przez „s”). Prekursorem stylu i jego najbardziej znanym przedstawicielem jest oczywiście słynny Pilsner Urquell.

Artykuł sponsorowany w „Newsweeku” wygląda tym razem tak:

Piwna lekcja stylu 2

Po kolei zatem:

  • Dowiadujemy się, że pilzner to „wielki orędownik tradycji”. Nie ma sensu przytaczać definicji słownikowych, ale orędownik to ktoś, kto namawia do przestrzegania tradycji, a nie jej przedstawiciel. „Wywodzi się z czeskich i niemieckich średniowiecznych piwnic, których kamienny chłód wciąż płynie w jego żyłach”. CO??? Przecież to grafomania na jeszcze wyższym poziomie niż twórczość eksperta Marka Gogoli! Po pierwsze, ze średniowiecznych piwnic może wywodzić się co najwyżej dolna fermentacja. Po drugie, pierwsza warka pierwszego na świecie pilznera, czyli PU, powstała w 1842, a więc 350 po końcu epoki średniowiecza (za datę graniczną przyjąłem 1492). I wreszcie, może jestem na bakier z anatomią, ale piwo chyba nie ma żył, w których mogłoby cokolwiek płynąć, a już najmniej kamienny chłód.
  • Smak ma być podobno „slodkawy – słodowy, delikatnie przełamany chmielem, odgazowany naturalnie”. Słodowy – tak. Słodkawy – nie, aczkolwiek jestem w stanie to zrozumieć, przedstawiciele koncernów przywykli do słodyczy w swoich pseudopilsnerach. I na pewno nie ma być delikatnie przełamany chmielem (delikatne chmielenie to też koncernowa przypadłość). Owszem, chmiel nie ma być przesanby, jednak musi być solidnie wyczuwalny. PU ma bodajże 35 jednostek IBU, czyli niemal 2 razy tyle, co Tyskie Gronie. „Naturalnego odgazowanie” kompletnie nie rozumiem, zapewne miało być „nagazowanie”. W tym stylu powinno być średnie.
  • Kolor ma być „złoty, czasem bursztynowy”. W porządku.
  • Piana ma być „gęsta, kremowa, bardzo trwała”. Nic dodać, nic ująć. Zwłaszcza jeśli pilsner nalany jest w stylu „mliko” – polecam!
  • Pilsner podobno powinien być serwowany „bardzo zimny – od 0 do 4°C”. I znowu ta koncernowa choroba, nie pozwalająca serwować piwa w temperaturze innej niż lodowata. Wychodzi tu zresztą koncernowa schizofrenia, bo gdy podczas Piwnego Blog Daya 3.0 trafiłem do siedziby Kompanii Piwowarskiej w Warszawie na Emilii Plater 52, był tam wypasiony nalewak do PU z wmontowanym termometrem. A co pokazywał ów termometr? 7°C!
  • Szkło ma być „wąskie, zwężane ku górze, albo klasyczne kufle”. Może być.
  • Pilsner według marketingowców pasuje do: „owoców morza, szynki, salami, steków, knedli, ziemniaków, serów zagrodowych, camemberta, orzechów, rodzynek”. Stek bzdur. Nie będę próbował przyporządkowywać tu piw do wymienionych potraw, bo wymagałoby to dłuższego wpisu, ale do pilsnera pasuje tylko część z powyższych.
  • Okazje: „relaks po ciężkim dniu, kolacja biznesowa, wycieczka do Pragi lub Berlina”. I znowu raczej swobodna twórczość, choć o dziwo trafiona. No, w Berlinie wolałbym Berliner Weisse, ale już niech będzie i pilsner. Byle niemiecki, bo czeski w Pradze.
  • Można łączyć z: „dobrą powieścią, czeskim kinem, muzyką średniowieczną”. I znowu swobodna twórczość. Do powieści wybiera się taki piwny styl, który najbardziej pasuje pijącemu. Dla mnie będzie to raczej piwo degustacyjne, które długo się sączy, ale w sumie pilsner też mógłby być. Czeskie kino może być, choć wolałbym do niego pić tmave. Muzyka średniowieczna to absolutny WTF, bo co niby jasne piwo typu pilzneńskiego ma wspólnego ze średniowieczem? A, już wiem, piwnice z kamiennym chłodem! 😀

 

W ramach podsumowania spokojnie mogę przekleić końcówkę poprzedniego wpisu, bo nadaje się idealnie…

Myślę, że sam pomysł z edukowaniem w ten sposób  jest niezły. Gorzej natomiast z wykonaniem. Do „lekcji stylu” wkradło się zbyt dużo radosnej twórczości, zwłaszcza w dziale poświęconym łączeniu z potrawami. Dziwne to, bo temat jest obszernie opisany i wystarczyło pogrzebać w sieci. Za idiotyczny błąd uważam to, że „artykuł” nie został uzupełniony o przykładowe marki, bo aż się o to prosi. I jeszcze uwaga techniczna, choć nie wiem, na ile odnosząca się do wydania papierowego tygodnika, bo ja robiłem zrzut ekranu z wersji cyfrowej. Otóż kiepskim pomysłem jest użycie białego tekstu na beżowym tle. Zlewa się za bardzo. Wyszło zatem średnio, ale z chęcią przyjrzę się kolejnym „piwnym lekcjom stylu”.

Drugi odcinek serii wykonaniem i jakością nie odbiega od pierwszego. Nie spodziewam się wiele po kolejnych, ale i tak będę je śledził.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *